Transylwania. Między legendą Drakuli a górską codziennością.

Rumunia nie była nigdy wysoko na mojej liście podróży, a jednak coś mnie tam ciągnęło. Może to ciekawość Transylwanii, może chęć sprawdzenia, czy naprawdę na drogach chodzą niedźwiedzie (chodzą!), a może po prostu miłość do gór, które na mapie wyglądały zbyt kusząco, żeby je pominąć. W końcu spakowaliśmy plecaki, wsiedliśmy w samochód i ruszyliśmy w stronę miejsca, które okazało się dużo bardziej różnorodne i zaskakujące, niż myślałam.

Transylwania to nie tylko Drakula i gotyckie zamki. To kolorowe miasteczka, brukowane uliczki, cisza w górach, serpentyny dróg wijące się między szczytami i krajobrazy, które zmieniają się co kilkanaście kilometrów. Raz stoisz na rynku w średniowiecznym miasteczku, chwilę później wędrujesz szlakiem, gdzie jedynymi towarzyszami są owce i psy pasterskie. A gdy już zmęczy cię zwiedzanie, zawsze znajdzie się ktoś, kto postawi przed tobą talerz ciorby albo kawałek lokalnego sera. I to wszystko sprawia, że ta część Rumunii ma w sobie coś magicznego.

Zapraszam w podróż, pokażę Wam jak wyglądał nasz plan — dzień po dniu, z górami, zamkami i sporą dawką ciekawych przygód.

Dzień 1

Jezioro Târnița

Na początek – krótki trekking nad zbiornikiem zaporowym w Górach Gilău. Akwen znajduje się na rzece Someșul Cald, pełni funkcje przeciwpowodziowe i energetyczne, a także dostarcza wody pitnej dla Cluj-Napoca i okolic. Rozciąga się na około 215 ha i osiąga głębokość ponad 70 metrów. Obok zapory — wybudowanej w 1974 roku, o wysokości 97 m i długości grzbietu ok. 232–237 m — są miejsca do zaparkowania samochodu. Infrastruktura turystyczna nie jest tu bardzo rozwinięta; głównie na południowym brzegu można wypożyczyć sprzęt pływający, skorzystać z plaży lub powędkować. Spacer wokół jeziora dostarczy ładnych widoków. Warto też wspiąć się na punkt widokowy Piatra Corbilor — stamtąd rozpościera się panorama na całe jezioro i zaporę.

Widok z Piatra Corbilor

Może uda Wam się zobaczyć niedźwiedzia. My żadnego na trasie nie spotkaliśmy, ale para, która nas mijała, powiedziała, że widziała świeże ślady łap.

Trasa: pętla
Zapora – Piatra Corbilor – Zapora
Długość: 5,03 km
Podejścia/Zejścia: 301 m / 358 m
Czas: 2 h 20 min

Salina Turda

To nie jest zwykła kopalnia soli w miejscowości Turda, lecz podziemne centrum rozrywki. Jeśli ktoś idzie tam z oczekiwaniem „jak Wieliczka” czy „jak Bochnia”, może być zaskoczony — w kompleksie znajdziemy jedynie kilka sal z informacjami o wydobyciu; główną atrakcją są ogromne komory i ich adaptacja dla zwiedzających. Komplet składa się m.in. z szybów (komór) Terezia/Theresa (najgłębsza „komora” sięga ok. 112 m), Anton/Anthony (ok. 108 m) i Rudolf (42 m). Zwiedzanie zaczyna się od tunelu Franz Josef (Franz Joseph Gallery). Dzięki niewielkiemu nachyleniu tunelu dawniej sól wywożono wózkami ciągniętymi przez konie.

Szyb Rudfolf

W głównej komorze Rudolf można dziś zobaczyć diabelski młyn, zostawić dzieci na placu zabaw, a za dopłatą pograć w minigolfa, bilard czy w ping-ponga. Dla mnie (i wielu turystów) największą atrakcją jest rejs łódką po podziemnym jeziorze w komorze Terezia — to unikalne przeżycie. Wizyta pod ziemią dostarcza niespotykanych wrażeń wizualnych i rozrywkowych.

Komora Teresa

Na zwiedzanie największej atrakcji Transylwanii warto przeznaczyć około 1,5 godziny, choć można zostać dłużej 😉 Na dole temperatura wynosi około 12°C. Są windy, ale zwykle ustawiają się do nich kolejki — jeśli możecie, polecam zejść schodami także ze względu na widoki. Pamiętajcie, że do atrakcji (zwłaszcza do łódek) mogą być kolejki, więc nie warto przychodzić „na styk”. Kopalnia jest otwarta codziennie (godziny zweryfikujcie przed wizytą). Bilet normalny kosztuje zazwyczaj 75 lei od poniedziałku do piątku oraz 90 lei w weekendy i święta; ceny i godziny bywają aktualizowane, więc warto sprawdzić oficjalną stronę przed wyjazdem.

Dzień 2

Sighișoara

Czarujące, kolorowe średniowieczne miasteczko, wpisane na Listę Światowego Dziedzictwa UNESCO, słynie m.in. z domu „Drakuli” — miejsca, w którym według tradycji urodził się Wład Palownik (Vlad Țepeș). Z jednej strony miejsce narodzin hospodara jest trochę kiczowate z niewielką liczbą pamiątkami, z drugiej — jest zaskakujące (i tu nie jest to przenośnia).

Uliczka w Sighișoarze

Położone na szczycie wzgórza grodzisko otoczone było niegdyś murem obronnym; do dziś zachowało się 9 z pierwotnych 14 baszt, które niegdyś utrzymywały miejskie cechy rzemieślnicze. Nad głównym wejściem do centrum króluje Wieża Zegarowa, wzniesiona w XIV wieku — mieści Muzeum Historii Sighișoara, a z balkonu widokowego rozpościera się panorama na miasto i okolice.

Wieża Zegarowa

Warto też zajrzeć do Kościoła „na wzgórzu” (Biserica din Deal), poświęconego św. Mikołajowi, oraz przejść zadaszonymi Schodami Szkolnymi (Scara Școlarilor), które prowadzą właśnie do tego kościoła i dawnej szkoły.

Schody Szkolne

Aby zwiedzić Sighișoarę i pozwolić sobie na zgubienie się w jej barwnych uliczkach (choć — umówmy się — i tak prędzej czy później traficie na centralny rynek 😉), warto przeznaczyć około pół dnia. Najlepiej być tu rano, gdy tłumów jeszcze nie ma.

Zamek Bran

Niedaleko Braszowa (Brașov), dokąd zmierzaliśmy, leży bardzo popularna i komercyjna atrakcja regionu — zamek, który bywa nazywany „zamkiem Drakuli”. Warto jednak pamiętać, że powiązania obiektu z historycznym Vladem Palownikiem są luźne i w dużej mierze wynalezione przez turystykę — większość historyków nie uważa, żeby Vlad III mieszkał tu na stałe. Z tych powodów sami odpuściliśmy zwiedzanie wnętrza; jednego wieczoru podjechaliśmy pod bramy tylko po to, by obejrzeć zamek z zewnątrz. Niestety nie udało nam się wejść do parku przylegającego do budowli, a widok z ulicy był ograniczony.

Zamek Bran

Dzień 3

Góry Ciucas

Leżące w pobliżu Brașowa (dojazd autem zajmuje różnie — w zależności od punktu startu i trasy około 40–70 km) pasmo zwyczajnie zachwyca. Niewielkie obszarowo, wchodzące w skład Karpat Pętlowych (Carpații de Curbură), jest niezwykle malownicze — słynie z fantazyjnych formacji skalnych, które naprawdę robią wrażenie.

Krajobrazy Gór Ciucas

Widoki rozpościerające się we wszystkie strony zdecydowanie umilają wędrówkę, która w wielu miejscach bywa stroma. Niezależnie od miejsca startu — czy wybierzecie wioski Cheia czy Vama Buzăului, czy ruszycie z parkingu przy Pasul Bratocea — możecie liczyć na około 1 000 m przewyższenia na większości popularnych tras na wierzchołek. Najwyższy szczyt pasma — Vârful Ciucaș — ma 1 954 m n.p.m. (stąd te szerokie panoramy i czasami wymagające podejścia).

Na szczycie

Dla mnie osobiście najtrudniejszy był ostatni fragment — ostatnia godzina marszu pod górę — ale jeśli jeszcze tego nie wyczytaliście z tego fragmentu: zdecydowanie warto było.

Góry Ciucas

I — klasycznie — zdałam sobie sprawę, że nie ma gór, o których pisałabym inaczej 😀 Choćbym po drodze przeklinała milion razy nasze trekkingowe pomysły i zaklinała się, że „nigdy więcej” (tak, zdarzyło mi się :D), to i tak już planujemy kolejny wyjazd, jeszcze nim opuścimy parking.

Góry Ciucas

Trasa: pętla
Pasul Bratocea – Sfinks (Sfinxul Bratocei) – Vf. Ciucas – Valea Berii – Pasul Bratocea
Długość: 23,04 km
Podejścia/Zejścia: 1056 m / 1260 m
Czas: 8,5 h

Dzień 4

Brașov

Jedno z najpopularniejszych miast Transylwanii, założone w XIII w. Większość atrakcji znajduje się w obrębie Starego Miasta: Biserica Neagră (Czarny Kościół) — nazwa nawiązuje do pożaru z 1689 r., choć kościół nie jest faktycznie „czarny” na skutek pożaru; część badań wskazuje też na zanieczyszczenie jako przyczynę przyciemnienia elewacji, Rynek Miejski ze średniowiecznym ratuszem, najwęższa uliczka miasta — Strada Sforii (jedna z najwęższych uliczek w Europie) — oraz zabytkowe kamieniczki kupieckie.

Czarny Kościół
Strada Sforii

Aby zobaczyć miasto „z góry”, warto wejść na mury miejskie lub któryś z bastionów będących częścią systemu obronnego. Mimo zmęczenia po wędrówce z dnia poprzedniego nie mogłam sobie odmówić wejścia na Bastion Tkaczy — to był mój mały dystansowy „test” (tak, nawet jednego dnia nie potrafię odpuścić, jeśli warto). Spod bastionu rozciąga się piękna panorama na całe Brașov. Po drugiej stronie miasta widoczny jest wielki napis Brașov, nazywany rumuńskim „Hollywood”. Podobno stoi on w miejscu, w którym podczas najazdu na miasto Wład Palownik (Drakula) kazał nabić na pal handlarzy, sprzeciwiających się jego rozkazom.

Widok na Braszów z Bastionu Tkaczy

Pałac Peles

Kompleks parkowo-pałacowy u podnóża Gór Bucegi — zamek wygląda jak z bajki i uznawany jest za jeden z najpiękniejszych zamków Rumunii. To letnia rezydencja rumuńskiej rodziny królewskiej, wzniesiona w stylu neorenesansowym w XIX–XX w. (Sinaia). Pałac ma około 160 pokoi, wśród nich Sala Zbrojowni z dużą kolekcją broni, salę kinową i bogato zdobione wnętrza. Obok stoi mniejszy zamek Pelișor. Oficjalne zwiedzanie odbywa się w ograniczonych przedziałach czasowych — bilety najlepiej kupić online z wyprzedzeniem. Bilet normalny na zwiedzanie Pałacu Peleș kosztuje zwykle 100 lei (ceny mogą się zmieniać).

Pałac Peleș

Między Brașovem a Peleș (Sinaia) znajduje się też zamek Cantacuzino w Bușteni — był wykorzystywany jako plan zdjęciowy (między innymi przy serialu Wednesday).

Uwaga praktyczna: jeśli jedziecie z Brașova, sprawdźcie ruch — nam korki zamieniły standardową 47-km trasę w około 2-godzinny odcinek, przez co prawie przegapiliśmy nasz slot czasowy. Doliczcie też czas na znalezienie parkingu przy kompleksie.

Trasa Transfogarska

Trochę później niż zakładałam (korki!), ale w końcu ruszyliśmy na jedną z najpiękniejszych tras w Europie. I naprawdę nie jest to przesada. Droga zachwyca: widoki, zakręty, przepaście, tunele, mosty – wszystko w pakiecie.

Droga krajowa DN7C, czyli słynna Transfăgărășan, przecina Góry Fogaraskie z północy na południe, pomiędzy dwoma najwyższymi szczytami Rumunii – Negoiu i Moldoveanu. Rozpoczyna się niedaleko Sybinu w Siedmiogrodzie, a kończy w Pitești na Wołoszczyźnie (chyba że jedziesz w drugą stronę – wtedy nasz koniec będzie Twoim początkiem 😉).

Transfogarska

Na około 150 km trasy znajdziecie 830 mostów, 27 wiaduktów i kilka tuneli, w tym najdłuższy w kraju – Tunel Bâlea (884 m), położony na wysokości ok. 2 034 m n.p.m.. Z powodu ogromnych opadów śniegu przejazd od strony północnej zimą jest niemożliwy; zwykle od października/listopada do kwietnia/maja tunel i najwyższy odcinek są zamknięte. Sama droga powstawała w latach 1970–1974 i pełna jest serpentyn – najbardziej widowiskowe znajdują się właśnie od północy. W okolicy działa też kolejka linowa, którą można pokonać część tego odcinka.

Transfăgărășan jest bardzo popularna – w środku dnia czy rano ruch bywa spory. My jechaliśmy późnym popołudniem, dzięki czemu nie było tłumów, a do tego zwiększyliśmy swoje szanse na spotkanie… niedźwiedzi. I udało się! Wyczekiwane przez cały wyjazd pojawiły się tuż przy drodze, jak gdyby nigdy nic spacerując poboczem.

Jeden z dwóch niedźwiadków spotkanych na trasie DN7C

Początkowo planowaliśmy mały trekking pod wodospad Bâlea, ale życie jak zwykle zweryfikowało nasze plany. 😉 Nawet godzinna wędrówka była już za długa, więc skończyło się na punkcie widokowym przy trasie – i tak było warto, bo spadającą wodę widać dobrze ponad koronami drzew.

Widok na wodospad Bâlea

Dłuższy przystanek zrobiliśmy przy jeziorze Bâlea. Znajduje się tu parking, wokół którego rozstawione są stragany z jedzeniem i pamiątkami. Można też obejść jezioro przyjemnym, łatwym spacerem. Niedaleko leży najwyższy punkt całej trasy – 2 042 m n.p.m.

Jezioro Bâlea

Po drodze zatrzymaliśmy się jeszcze przy jednym z nielicznych stoisk, by spróbować lokalnych specjałów: kiełbasy z niedźwiedzia (smak dość specyficzny, mocno „doprawiony” – nie dla każdego), delikatniejszej kiełbasy z owcy i serów – krowich i owczych. Trudno porównać je do czegoś bardziej znanego, więc najlepiej spróbować samemu.

Lokalne smaki

Na południu trasy znajduje się imponująca, wysoka na 166 m zapora na rzece Argeș, tworząca jezioro Vidraru. Kilka kilometrów dalej można zobaczyć ruiny zamku Poenari, związanego z Władem Palownikiem. Gdy przejeżdżaliśmy, było już ciemno. Ponieważ nasz nocleg znajdował się tylko 15 minut od tamy, postanowiliśmy wrócić rano – jeszcze nie wiedząc, że następnego dnia każda minuta będzie na wagę złota.

Zapora na rzece Argeș

Dzień 5

Szczyt Moldoveanu

Jeśli gdzieś przeczytasz, że przejechanie 35 km zajmuje 2 godziny — uwierz w to. No chyba że masz terenówkę z zawieszeniem jak czołg — wtedy może będzie troszkę szybciej. 😀

Fragment drogi do Stâna lui Burnei

Droga między Slatina a Stâna lui Burnei to test dla kierowcy i auta: dziury, wystające kamienie, „latające” kamienie — kilka miejsc wymagających wyboru mniejszego zła. Z tego powodu warto ruszać jak najwcześniej, żeby mieć jak najwięcej czasu na wejście i podziwianie widoków — i na spokojne pokonywanie przewyższeń. (To też powód, dla którego poranny powrót nad tamę i pod zamek nie był najlepszym pomysłem — te 15 min tam i z powrotem, zakupy, i robi się późno. Ale nie żałuję — <spoiler alert> dotarliśmy bezpiecznie do kolejnego noclegu. :D)

W Stâna lui Burnei nie ma porządnego parkingu — samochody stoją po bokach wąskiej drogi i bywa ciężko się minąć. Jeśli przyjedziesz późnym porankiem lub po południu, miejsca blisko osady raczej nie uświadczysz — przygotuj się na dodatkowe 2–3 km marszu do początku szlaku.

Stâna lui Burnei

Wędrówkę najlepiej zacząć od podejścia w kierunku wodospadu i wracać lasem po lewej stronie drogi — zwłaszcza jeśli startujesz bardzo wcześnie. Gdybyśmy zaczęli od przeciwnej strony, już po pierwszym, pionowym kilometrze przez gęstwinę drzew (bez widoków) miałabym duże chęci na zawrócenie. Pewnie bym nie zawróciła, ale trasa nie byłaby tak przyjemna.

Wodospad na rzece Valea
Tam idziemy, tam doszliśmy – na Moldoveanu

Droga pod górę umilały zapierające dech krajobrazy: wodospad na dopływie Valea, polana z osiołkami i wciąż zbliżający się najwyższy szczyt Rumunii — Moldoveanu (ok. 2 544 m n.p.m.). Aby dojść na wierzchołek trzeba było się też powspinać — momentami wymagająco — co z psami stanowiło dodatkowe wyzwanie. Wszyscy jednak dotarliśmy na najwyższy punkt kraju, i mimo że mogę być monotonna: warto było. Kilkadziesiąt minut „ładowania energii” wśród górskich dźwięków rekompensuje trudy podejścia.

Widok na dolinę Valea
Samopasące się osiołki w dolinie
Kolejny szczyt z listy Korony Gór Europy zdobyty 😉

Powrót nie był „prosto w dół” — zeszliśmy trochę niżej, żeby zdobyć jeszcze Gâlbeni (ok. 2 419 m n.p.m.), a dopiero potem zaczęliśmy schodzić w kierunku samochodów. Na pewnym etapie trasa prowadziła niemal pionowo w dół, przez fragment lasu — część z nas schodziła już w ciemności z latarkami. Dlatego raz jeszcze: startujcie jak najwcześniej.

Widoki w drodze powrotnej

Oczywiście są też inne trasy na Moldoveanu, które nie wymagają 35 km po szutrowych drogach, ale wtedy często trzeba wejść i zejść tą samą ścieżką.

Trasa: pętla
Stana lui Burnei – Portița Viștei – Vf. Moldoveanu – Vf. Rosu – Stana lui Burnei
Długość: 12.81 km
Podejścia/Zejścia: 2113 m / 2125 m
Czas: 9 h

Dzień 6

Transalpina

Kolejną wartą przejechania drogą w Rumunii jest krajowa DN67C, czyli słynna Transalpina — najwyżej położona trasa kołowa w kraju. Ma około 148 km i przecina główny grzbiet Karpat Południowych, łącząc okolice Novaci (Ciocadia/Novaci) z Sebeșem w Transylwanii. Na odcinku tym są widowiskowe serpentyny, ale z powodu śniegu droga bywa zamykana zimą, więc planujcie terminy rozsądnie.

W drodze na najwyższy punkt Transalpiny

W porównaniu z Transfăgărășanem Transalpina ma bardziej surowy charakter krajobrazu — dzikie łąki, rozległe przestrzenie i mniej zurbanizowanych punktów — ale też dobre punkty widokowe i więcej możliwości rozbicia namiotu lub znalezienia miejsca na nocleg przy drodze. Pamiętajcie: na trasach nie ma stacji benzynowych, więc zatankujcie wcześniej.

Ciekawe czy z mleka tych owieczek jedliśmy ser, a z kogoś z ich rodziny kiełbasę???

Osobiście bardziej polecam południowy odcinek — od Novaci do Obârșia Lotrului — gdzie znajduje się najwyższy punkt trasy, przełęcz Urdele (ok. 2 145 m n.p.m.). Na północnym fragmencie warto zatrzymać się przy jeziorze Oașa — sztucznym zbiorniku malowniczo położonym w górach, który jest świetnym miejscem na krótki postój i spacer.

Jezioro Oașa

Zamek w Hunedoarze

Jeden z najsłynniejszych i najbardziej efektownych zamków Rumunii — znany też jako Hunyadi Castle — znajduje się w Hunedoarze. To rozbudowany zespół warowny w stylu gotyckim i renesansowym, wywodzący się z XV wieku (główne fazy budowy to lata 1440–1460 i dalsze rozbudowy w XV–XVII w.). Dziś zamek jest dużą turystyczną atrakcją: krużganki, dziedziniec, baszty, sale (w tym sala tortur), kaplica i piwnice — wszystko to sprawia, że warto zarezerwować tu przynajmniej godzinę-dwie.

Dziedziniec zamku

Oficjalnie wejść można zazwyczaj do pół godziny przed zamknięciem; godziny i ceny bywają sezonowo zmieniane, ale bilet normalny zazwyczaj kosztuje około 50 lei (są też zniżki). Jeśli macie nadzieję na spokojne zwiedzanie, przyjedźcie poza godzinami szczytu lub kupcie bilet wcześniej online.

Wejście do zamku Kowina

Czy było warto? Pewnie, że tak. Nawet jeśli czasem przeklinałam pod nosem przewyższenia, a samochód trząsł się jak galareta na szutrowych drogach, to i tak każda chwila w Rumunii zostanie ze mną na długo. To był wyjazd pełen przygód, zmian planów i małych odkryć, które cieszyły bardziej niż jakiekolwiek „must see” z przewodnika. Rumunia to kraj, który nie daje się łatwo zaszufladkować — i może właśnie dlatego jeszcze kiedyś tam z pewnością wrócimy.

Dodaj komentarz